"Rampage: Dzika furia" - recenzja filmu

Udostępnij

Dwayne Johnson to osoba wyjątkowa i nie trzeba wcale zaliczać się do grona jego największych fanów, aby się o tym przekonać. Filmy z jego udziałem zawsze można określać mianem wyjątkowych. Nie inaczej jest w przypadku „Rampage: Dzikiej furii” i to nawet pomimo tego, że sama produkcja – ekranizacja gry o tym samym tytule, nie zasługuje na miano inne niż projektu głupiutkiego.

Mamy jednak do czynienia z filmem, w którym szaleją ogromne potwory, a już samo to daje nam pewność, że entuzjaści gatunku nie powinni być rozczarowani. Dwayne Johnson nie jest tu przy tym wspomniany przez przypadek. To Arnold Schwarzenegger naszych czasów, posiada bowiem tę niezwykłą umiejętność, która sprawia, że nie dość, że może grać kinowych twardzieli, ale dodatkowo nie musi męczyć nas ich nadęciem. Co więcej, nie stroni od autoironii. „Rampage: Dzika furia” to jego kolejna fenomenalna kreacja. Oczywiście, nie można mówić o niej bez choćby wspomnienia o fabule, warto więc pamiętać, że mamy do czynienia ze światem, w którym zdecydowano się na pewne manipulacje genetyczne.

Jak nakazuje klasyka tego gatunku, coś musiało pójść nie tak, jak powinno, w pewnym momencie więc trzy pozornie niegroźne zwierzaki zaczynają rosnąć. Ich wzrost jest na tyle szybki, że w pewnym momencie zaczynają zagrażać egzystencji Ziemi. Kto może uratować planetę. Jedyną osobą, która jest w stanie podjąć się tego zadania, jest Davis Okove – prywatnie ochroniarz goryla albinosa o imieniu George. Johnson po raz kolejny dostał więc rolę odludka z ponadprzeciętną charyzmą i wojskową przeszłością.

Do tej pory Davis walczył z kłusownikami, teraz zaś okaże się, że będzie musiał pomóc samym ludziom i to nawet pomimo tego, że woli spędzać czas w towarzystwie zwierząt, a nie ludzi. I choć w filmie schematy biegną na złamanie karku, postać zagrana przez Johnsona jest na tyle dobrze zagrana, że chcemy jej kibicować. Oczywiście, film jest wyjątkowo prosty, nie ma przy tym żadnej szansy na to, aby czymkolwiek nas zaskoczył. Co gorsza, jest to jednak z tych produkcji, w przypadku których można z góry założyć, że ten, kto oglądał trailer nie ma specjalnych szans na to, aby film czymkolwiek go zaskoczył.

Nie oznacza to, oczywiście, że widz kochający ten gatunek, nie znajdzie tu czegoś dla siebie. Mogą być to choćby przeżycia ciamajdy będącej przyjacielem głównego bohatera, sceny zalotów ze strony członka wyjątkowo tajemniczej organizacji rządowej, a przede wszystkim: eksplozje, złoczyńcy przerysowani do granic możliwości, walące się budynki, skoki ze spadochronem i morza trupów. Jakby tego było mało dostajemy patos, który wyciska łzy śmiechy, zmutowanego krokodyla wyposażonego w skrzela, zmutowanego wilka… ze skrzydłami i zmutowanego goryla. Tego ostatniego nie da się zresztą nie lubić, ma bowiem radosny zwyczaj pokazywania przez cały czas środkowego palca. Jeśli więc ktoś jest prawdziwym fanem słabego kina katastroficznego, może być pewny, że ten misz-masz oklepanych schematów go nie zawiedzie.